W swoim zakładzie Waldemar Kamiński regenerował m. in. sprzęt, na którym w Chicago
Andrzej Matracki zdobył mistrzostwo świata we fryzjerstwie


Wśród kaszubskich pól i lasów, z dala od miasta, mieszka i pracuje jedyny w Polsce profesjonalny ostrzyciel nożyczek fryzjerskich.

Kiedy urzędniczka z Wydziału Zatrudnienia usłyszała na jaki rodzaj działalności gospodarczej Waldemar Kamiński chce dostać 15 tys. euro unijnego dofinansowania, kazała sobie kilkakrotnie powtórzyć odpowiedź. No bo komu przy zdrowych zmysłach przyszłoby do głowy, że takie pieniądze są potrzebne by otworzyć zakład ostrzenia nożyczek?

Podobnie zaszokowani byli rok później przedstawiciele Izby Skarbowej, którzy przyjechali do czynnego już warsztatu sprawdzić na miejscu jak funkcjonuje. Weszli do pomieszczenia biurowego, gdzie dla ozdoby stoi zabytkowe koło szlifierskie.

- I to na tym pan pracuje? - zapytał naiwnie jeden z członków szacownej komisji.

- Tak - odpowiedział gospodarz bez mrugnięcia okiem. Po czym przez dłuższą chwilę napawał się widokiem zdumionych twarzy, nim wybuchnął śmiechem i poprowadził gości do pomieszczenia, w którym faktycznie zajmuje się ostrzeniem, czy - jak sam woli mówić - regeneracją nożyczek fryzjerskich. A tam już wszystko wygląda inaczej. Nożyczki leżą sobie pod mikroskopem, a na monitorze komputera widać ich ostrze powiększone 100-krotnie. W jednym miejscu widoczna jest wyraźna jasną rysa.

- To skaza, musiały się wyszczerbić o coś twardego - tłumaczy Waldek i podaje nożyczki do sprawdzenia. Rzeczywiście kiedy się je zamyka w pewnym momencie czuć wyraźny opór.

- Tym nie da się ciąć włosów. Można je co najwyżej poszarpać, albo zmiażdżyć - tłumaczy i zaczyna zabiegi regeneracyjne: szlifowanie, polerowanie, dokręcanie, mycie ultradźwiękami, oliwienie. Przyglądam się w skupieniu obiecując dochować tajemnicy, odnośnie szczegółów, bowiem Waldek jest jedynym w Polsce fachowcem w tej dziedzinie i pilnie strzeże swoich sekretów.

Efekt jego pracy jest oszałamiający: nożyczki są ostre jak brzytwa i tną niemal od samego dotknięcia, o czym można się przekonać testując je na kawałku specjalnego materiału z włókna o strukturze odpowiadającej budowie włosa ludzkiego.


Solingen - ostre miasteczko


Jeszcze 20 lat temu nic nie wskazywało, że Waldek Kamiński z Kościerzyny będzie miał w życiu cokolwiek wspólnego z fryzjerstwem, poza faktem, iż - jak wszyscy - chodził od czasu do czasu się strzyc. Idąc w ślady obojga rodziców, mistrzów fotograficznych, zrobił też papiery mistrzowskie i przez ponad 10 lat zgłębił wszystkie tajniki fotografii.

I tak zastał go koniec lat 80. W Polsce niby świtały już jakieś zmiany, ale sytuacja była wciąż niepewna. A, że i w życiu osobistym Waldka też zawiały wichry zmian, postanowił radykalnie zmienić otoczenie i zacząć wszystko od nowa. Wykorzystując to, że jak wielu Kaszubów, miał podstawy by starać się o "niemieckie papiery", został przesiedleńcem w Republice Federalnej.

Na miejscu szybko zorientował się, że i pod względem zawodowym musi się przestawić na inne tory. Miejscowy przemysł fotograficzny był o lata świetlne do przodu w stosunku do tego, co Waldek znał z sopockiej "Fotoplastyki". W tej sytuacji wolał spróbować czegoś nowego. Przez półtora roku bujał się po różnych budowach, aż wylądował w słynnym mieście Solingen, gdzie po raz pierwszy trafił do szlifierni.

Solingen, położone w Nadrenii Północnej Westfalii, nazywane bywa Klingestadt, gdyż od średniowiecza mieści się tam centrum przemysłu noży, brzytew i innych i narzędzi służących do cięcia. Obecnie w tym 160-tysięcznym mieście znajduje się kilkaset firm z tej branży. Solingen to też marka - swoisty certyfikat jakości, który nie przysługuje zresztą z automatu wszystkim tamtejszym zakładom, ale tym rzeczywiście najlepszym.

- Wiele firm, które idą w ilość, a nie jakość, stara się wykorzystać rynkowo fakt, że są usytuowane w tym mieście - tłumaczy Waldek. - Dlatego ważne jest żeby odróżnić Sollingen qualität od Geschenk aus Solingen (przezent z Solingen), jak podpisują swoje produkty ci, którzy nie mają certyfikatu.

On sam trafił do Tondeo, jednego z największych producentów nożyczek fryzjerskich na świecie.
- Najpierw mnie obserwowali. Docenili widać moje zdolności manualne, bo zostałem przyjęty. Początkowo pracowałem przy starych, jeszcze przedwojennych maszynach, pod okiem doświadczonych mistrzów fachu.

Z czasem Waldka przeniesiono od innego działu, potem do kolejnego. Trochę się dziwił, bo z reguły pracownicy całe swoje zawodowe życie spędzali przy jednej maszynie, w jednym dziale. Ta specjalizacja pozwalała też na lepsze utrzymanie tajemnicy procesu produkcyjnego. Waldek był jedynym pracownikiem, który przeszedł tam przez cały etap szkoleniowy, od odlewni do końcowej kontroli.

Pracownik doświadczalny


Aż tu pewnego dnia wszystko się wyjaśniło. Z rana szef zawołał Waldka do siebie i poinformował, że został pracownikiem doświadczalnym, który będzie współpracować przy tworzeniu zupełnie nowej linii technologicznej.

- Postawili mi klocek z diamentową taśmą szlifierską i ręcznie zacząłem tam na prowadnicy dociskać ostrza - wspomina. - A potem, mniej więcej co tydzień, dokładali mi jeden zegar pomiarowy, żeby praca szła szybciej i precyzyjniej. Potem dołożyli mi narzędzia, które na zasadzie dźwigni hydraulicznej zaczęły same elektronicznie dociskać ostrza. Ja tylko sterowałem tą elektroniką. Sam dobierałem siłę docisku, kąt nastawienia nożyczek. Po roku takiego dokładania powstało supernowoczesne urządzenie do szlifowania nożyczek fryzjerskich. Tak wykonane części nożyczek brałem potem na komputer, który robił wykresy, pokazywał przejaskrawiony kształty, potęgował każda rysę i zadrę. To unikalny program firmy Tondeo.

Sukces zawodowy okazał się początkiem końca.
- Wpadłem w pracoholizm - przyznaje Waldek. - Poza pracą świata nie widziałem. Szefowie zaufali mi bezgranicznie. Miałem klucz uniwersalny do wszystkich pomieszczeń. Przychodziłem pierwszy. Robiłem obchód. W zimie wsiadałem na traktorek i odśnieżałem teren wokół budynku. Wychodziłem ostatni.

Nic dziwnego, że tej próby nie wytrzymało jego małżeństwo.
- W Niemczech rozwód, do coś zupełnie innego niż w Polsce. Olbrzymie koszty postępowania sądowego, adwokat, alimenty. Facet z reguły wychodzi z tego spłukany. Nie inaczej było ze mną.
Przez jakiś czas próbował jeszcze walczyć o utrzymanie się na powierzchni, ale, po kolejnej wizycie w Polsce, uznał, że najlepszym wyjściem będzie powrót na stałe.

Trzy "ciachy" na sekundę


Osiedlił się w rodzinnych stronach, w okolicy Kościerzyny, w domu położonym malowniczo na stoku nad brzegiem jeziora. Założył nową rodzinę. Przez obecną żonę, która prowadzi zakład fryzjerski wszedł w to środowisko i przekonał się, że choć polscy fryzjerzy mają już sprzęt światowej klasy, to nie ma w kraju nikogo, kto potrafiłby o niego zadbać. Dobre nożyczki z Solingen, z najwyższej jakości stali tzw. 18/10, to wydatek rzędu od 200 do ponad 1000 euro.

Podobnie jak w przypadku mieczów samurajskich robi się je z kilku odrębnych prętów, które następnie są skręcane w warkocz. Blat nożyczek, czyli ich wewnętrzna strona zbudowana jest na zasadzie śmigła samolotu. To śmigło ma kształt kołyski. Szlifierz, który nie ma pojęcia o ostrzeniu nożyczek fryzjerskich, często po prostu to śmigło zeszlifowuje na płask. Najczęściej takiego sprzętu nie da się już odratować, bo nie ma z czego "wyciągnąć" ostrza.

Tymczasem nożyczki dobrej jakości, nie jakaś tam chińszczyzna, właściwie serwisowane, mogą posłużyć fryzjerowi przez cała karierę. W praktyce rzadko się to zdarza, bowiem fryzjerzy lubią nowinki, zmieniają więc modele na nowsze, bardziej barwne, o oryginalnych kształtach. Są i tacy, którzy zamawiają sprzęt wysadzany drogimi kamieniami. Na zawodach, pokazach, fryzjerzy porównują nie tylko swój kunszt, ale też i sprzęt.

- Ale spotkałem się też z takimi, którzy operują nożyczkami jeszcze z przedwojennych czasów - zaznacza Waldek. - Stare polskie gerlachy, czy wyroby solingenowskie.

Dobry fryzjer robi trzy uderzenia nożyczkami na minutę. To oznacza, że w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy teoretycznie wykonuje około 60 tys. zamknięć ręki. Dobre nożyczki, dopasowane do ręki, nie tylko gwarantują właściwy efekt strzyżenia, ale też pozwalają zachować sprawność mięśni. Praca na niewłaściwym sprzęcie może skrócić przydatność zawodową o kilka lat. Fryzjerzy z całej Polski przysyłają więc swój sprzęt do warsztatu w kaszubskiej głuszy. Stąd regularnie zabiera je wóz kurierski i leśną drogą rozwozi hen w wielki świat.

- Wstrzeliłem się w niszę - mówi Waldek. - W samym Gdańsku, jest około 800 zakładów fryzjerskich, w Olsztynie 300, w Kościerzynie ponad 30.
- A w Polsce?
- W Polsce jest około milion par nożyczek fryzjerskich do naostrzenia. I jeden fachowiec - ja. A, że mam już pięćdziesiątkę na karku, muszę chyba rozejrzeć się za następcą do wyszkolenia.